Dwa ślady węglowe tej samej kilowatogodziny
Ktoś prosi o informację o emisjach związanych ze zużyciem prądu. Wydaje się, że wystarczy pomnożyć zużycie przez wskaźnik i podać wynik. Po chwili okazuje się, że są dwa wyniki, oba poprawne, i że pytający oczekiwał akurat tego drugiego. To nie pomyłka ani sztuczka księgowa — to konsekwencja tego samego rozdzielenia fizyki i dokumentów, o którym mówi cały ten serwis.
Skąd biorą się dwie liczby
Międzynarodowe standardy liczenia emisji dzielą je na zakresy. Emisje związane z kupowaną energią elektryczną trafiają do zakresu drugiego, opisującego energię wytworzoną poza organizacją, ale zużytą przez nią. I właśnie dla tego zakresu przewidziano dwa równoległe sposoby liczenia, które trzeba raportować obok siebie, a nie zamiast siebie.
Pierwszy odpowiada na pytanie: jaki jest wpływ zużycia energii w miejscu, w którym ona jest pobierana, biorąc pod uwagę realny system elektroenergetyczny. Drugi odpowiada na pytanie: co wynika z decyzji zakupowych organizacji, czyli z umów i dokumentów potwierdzających pochodzenie.
Obie odpowiedzi dotyczą tej samej zużytej energii. Różnią się tym, na co patrzą.
Metoda lokalizacyjna, czyli spojrzenie na sieć
Podejście lokalizacyjne mnoży zużycie przez wskaźnik emisyjności właściwy dla systemu, z którego energia jest pobierana. Wskaźniki dla Polski publikuje Krajowy Ośrodek Bilansowania i Zarządzania Emisjami i tam należy sprawdzać ich aktualne wartości, zamiast przepisywać liczby z artykułów sprzed kilku lat.
Ta metoda ignoruje umowy. Dwie firmy o identycznym zużyciu, stojące w tym samym mieście, dostaną w niej ten sam wynik, nawet jeśli jedna ma zieloną taryfę, a druga nie. Jej zaletą jest odporność na kreatywność księgową: pokazuje, jak wygląda system, w którym się działa. Jej wadą jest to, że nie widzi żadnego wysiłku podejmowanego przez odbiorcę poza zmniejszeniem samego zużycia.
Metoda rynkowa, czyli spojrzenie na umowy
Podejście rynkowe uwzględnia to, co odbiorca faktycznie kupił i udokumentował. Jeżeli zużycie jest pokryte umorzonymi gwarancjami pochodzenia z instalacji odnawialnych, wynik dla tej części zużycia jest odpowiednio niższy — zgodnie z zasadami przyjętymi w stosowanym standardzie.
Warunkiem jest jakość dokumentacji. Nie wystarczy nazwa taryfy ani zapewnienie sprzedawcy; potrzebne jest potwierdzenie, że dokumenty odpowiadające zużyciu zostały wycofane z obiegu na rzecz tego odbiorcy i za ten okres. Kto tego nie ma, ten w metodzie rynkowej nie może wykazać nic innego niż wartość domyślna. Jak wygląda cała ścieżka takiego dokumentu, opisuje strona Gwarancje pochodzenia.
Miks resztkowy, czyli co zostaje dla pozostałych
Tu pojawia się pojęcie, które w codziennych rozmowach prawie nie występuje, a jest logiczną konsekwencją całego systemu. Skoro część wytworzonej energii odnawialnej została już przypisana konkretnym odbiorcom przez umorzone dokumenty, to nie może zostać policzona drugi raz komuś, kto takich dokumentów nie ma.
Dlatego w metodzie rynkowej odbiorca bez własnej dokumentacji powinien liczyć emisje według miksu pozostałego po odjęciu tego, co już rozdysponowano. Ten pozostały miks ma z natury gorsze parametry niż miks całego systemu. Innymi słowy: rezygnacja z zielonej umowy nie jest w tej metodzie neutralna, tylko przesuwa odbiorcę do puli, z której zieloną część już wyjęto.
Zasady wyznaczania takiego miksu i dostępność danych dla poszczególnych krajów bywają różne, więc przed użyciem konkretnej wartości w raporcie sprawdź, z jakiego źródła pochodzi i jakiego roku dotyczy.
Dlaczego potrzebne są obie metody
Gdyby liczyć wyłącznie lokalizacyjnie, żadna umowa nie miałaby znaczenia i nikt nie miałby powodu, by pytać o pochodzenie energii. Gdyby liczyć wyłącznie rynkowo, można by odnieść wrażenie, że problem emisji znika wraz z podpisaniem odpowiedniej umowy, choć elektrownie pracują tak samo jak wcześniej.
Zestawienie obu liczb obok siebie pokazuje sytuację uczciwie: jedna mówi, w jakim systemie działasz, druga — co zrobiłeś w ramach własnych decyzji zakupowych. Sensowny raport pokazuje obie i wyjaśnia różnicę, zamiast wybierać korzystniejszą.
Co to znaczy dla małej firmy
Jeżeli kontrahent, bank albo zamawiający w przetargu prosi o dane o emisjach, zacznij od ustalenia, o którą metodę chodzi. Pytanie „lokalizacyjna czy rynkowa” jest w tej rozmowie całkowicie naturalne i oszczędza późniejszych nieporozumień.
Potem zbierz materiał: roczne zużycie z faktur, informację o strukturze paliw publikowaną przez sprzedawcę, treść umowy w części dotyczącej pochodzenia energii oraz potwierdzenia umorzenia dokumentów, jeśli je otrzymujesz. Zapisz też, z jakiego źródła i za jaki rok pochodzą użyte wskaźniki.
Na koniec podaj wynik razem z metodą i źródłami. Liczba bez opisu metody jest w tym obszarze bezużyteczna, a czasem myląca.
Trzy najczęstsze pomyłki
Pierwsza: podanie wyniku rynkowego jako jedynego, bez zaznaczenia, że jest rynkowy. Odbiorca raportu może uznać, że dotyczy on realnego wpływu na system.
Druga: powołanie się na zieloną taryfę bez posiadania dokumentacji. Sama nazwa produktu w tej metodzie nie wystarcza.
Trzecia: użycie wskaźnika sprzed kilku lat. Struktura wytwarzania zmienia się z roku na rok, więc stary wskaźnik daje wynik, którego nie da się obronić.
Podsumowanie w jednym zdaniu
Ta sama kilowatogodzina ma dwie prawdziwe wartości emisji, bo jedna opisuje sieć, a druga umowę — i dopiero podane razem mówią o czymkolwiek. Skąd bierze się ta dwoistość, wyjaśnia strona Miks energetyczny, opisująca wspólną pulę, z której wszyscy pobierają.