Przejdź do treści
Zielony elektron — skąd pochodzi prąd, który zużywasz

Czy kupowanie zielonej energii zmienia miks?

To pytanie wraca w każdej rozmowie o zielonych taryfach i zwykle kończy się dwoma skrajnymi zdaniami. Pierwsze: „to tylko przesuwanie papierów, elektrownia i tak by pracowała”. Drugie: „każdy zakup zwiększa zapotrzebowanie na czystą energię, więc przyspiesza transformację”. Oba zdania są uproszczeniami, a spór między nimi ma nazwę: dodatkowość.

Na czym polega zarzut

Dodatkowość to pytanie o to, czy dany zakup spowodował powstanie energii odnawialnej, która bez niego by nie powstała. Zarzut wobec systemu gwarancji pochodzenia brzmi: dokument opisuje energię już wytworzoną, więc jego zakup niczego nie dodaje. Instalacja pracowała, energia trafiła do sieci, a rynek dokumentów jedynie rozdziela zasługę między odbiorców.

Wzmacnia go obserwacja, że dokumenty można kupić niezależnie od samej energii i niezależnie od kraju wytworzenia, a ich cena bywa niewielkim ułamkiem kosztu energii. Trudno wtedy twierdzić, że to właśnie ta kwota przesądziła o budowie nowej farmy.

Co odpowiada druga strona

Argument przeciwny nie neguje mechaniki, tylko zwraca uwagę na jej rolę systemową. Po pierwsze, gwarancje pochodzenia są w ogóle warunkiem tego, żeby o pochodzeniu energii dało się mówić w sposób policzalny; bez nich każda deklaracja byłaby nieweryfikowalna, a rynek zielonej energii zwyczajnie by nie istniał.

Po drugie, przychód ze sprzedaży dokumentów jest realnym, choć zwykle niewielkim, elementem rachunku ekonomicznego wytwórcy. W projektach liczonych na wiele lat nawet niewielki, ale przewidywalny strumień wpływów ma znaczenie przy ocenie opłacalności.

Po trzecie, popyt zgłaszany przez odbiorców jest sygnałem, który przekłada się na decyzje dalej idące niż zakup samych dokumentów — przede wszystkim na długoterminowe umowy zakupu energii.

Umowy długoterminowe, czyli mocniejsza wersja tej samej idei

Odbiorcy o dużym zużyciu zawierają niekiedy wieloletnie umowy bezpośrednio z wytwórcą, obejmujące energię wraz z dokumentami potwierdzającymi jej pochodzenie. Taka umowa daje wytwórcy przewidywalny przychód na lata i przez to realnie ułatwia sfinansowanie budowy nowej instalacji.

To właśnie ten model jest w dyskusji o dodatkowości traktowany jako mocniejszy: nie kupuje się w nim zaświadczenia o przeszłości, tylko zawiera zobowiązanie dotyczące przyszłości. Bywa też odróżniany od zwykłego zakupu dokumentów na rynku, choć w obu przypadkach na końcu i tak następuje umorzenie gwarancji.

Dla gospodarstwa domowego taki model jest niedostępny bezpośrednio, ale nie jest bez znaczenia: to, czy sprzedawca opiera swoją ofertę na własnych umowach z wytwórcami, czy wyłącznie na doraźnym zakupie dokumentów, jest pytaniem, które wolno zadać.

Dopasowanie w czasie

Drugi kierunek, w którym zmierza dyskusja, dotyczy nie tego, skąd energia pochodzi, tylko kiedy powstała. Klasyczne rozliczenie jest bilansem okresowym: tyle zużyto, tyle udokumentowano. Nie sprawdza, czy energia odnawialna powstała w tych samych godzinach, w których odbiorca ją zużywał.

Różnica bywa duża. Zakład pracujący nocą, rozliczony dokumentami z instalacji fotowoltaicznych, formalnie ma pokrycie, ale w godzinach jego pracy słońca nie było. Stąd pomysł dopasowania godzinowego: rozliczania zużycia i produkcji w krótkich odstępach czasu, a nie w skali roku.

Podejście to jest znacznie trudniejsze, wymaga danych pomiarowych o wysokiej rozdzielczości i dopiero się kształtuje. Jego zaletą jest to, że premiuje magazynowanie energii i źródła pracujące wtedy, gdy odnawialnych brakuje — czyli dokładnie te elementy, których system potrzebuje najbardziej. Powód, dla którego akurat te godziny są trudne, wynika z pracy systemu opisanej na stronie Miks energetyczny.

Czego ten spór nie rozstrzyga

Nie rozstrzyga, czy zielona taryfa jest „prawdziwa”. Jest — w tym sensie, w jakim opisuje ją umowa i dokumenty. Nie rozstrzyga też, czy jest bezużyteczna, bo bez systemu dokumentów żadna deklaracja nie byłaby sprawdzalna.

Rozstrzyga natomiast jedno: nie należy przypisywać zwykłemu zakupowi dokumentów skutków, których on nie ma. Zdanie „dzięki mojej taryfie powstała nowa farma wiatrowa” jest twierdzeniem o przyczynowości i wymagałoby dowodu, którego zwykle nie ma. Zdanie „moje zużycie jest pokryte umorzonymi gwarancjami pochodzenia z instalacji odnawialnych” jest twierdzeniem o dokumentach i da się je sprawdzić.

Co może z tym zrobić zwykły odbiorca

Może pytać precyzyjniej. Pytanie o rodzaj instalacji, kraj wytworzenia i o to, czy sprzedawca ma własne umowy z wytwórcami, prowadzi do odpowiedzi, które coś różnicują. Pytanie „czy to prawdziwa zielona energia” nie prowadzi do niczego.

Może też zwracać uwagę na to, kiedy zużywa energię. Przesunięcie części zużycia na godziny, w których w systemie pracuje więcej źródeł odnawialnych, działa na poziomie fizycznym, a nie dokumentowym — i nie wymaga żadnej umowy.

I może pamiętać o rzeczy najbardziej banalnej: energia niezużyta nie wymaga żadnego dokumentu i nie budzi sporów o dodatkowość. Zmniejszenie zużycia jest jedynym działaniem, które wygląda tak samo w obu metodach liczenia emisji opisanych we wpisie o śladzie węglowym.

Podsumowanie

Gwarancje pochodzenia są narzędziem rozliczeniowym, a nie narzędziem inwestycyjnym, i tak należy je oceniać. Rozliczają uczciwie, o ile nikt nie przypisuje im mocy sprawczej, której nie mają. Odbiorca, który to rozumie, potrafi kupić zieloną taryfę bez złudzeń i opisać ją bez przesady — a to jest dokładnie ten poziom precyzji, do którego namawia cały ten serwis, od strony głównej po opis rejestru na Gwarancje pochodzenia.